OTP w Irlandii – pierwsze wrażenia
SVD Ruch Światło - Życie refleksje inne --> No to zacznijmy... Wielu pewnie na te wieści czekało... Wiem, wiem jest radość ale powstrzymajmy te emocje ;) Zamiar powstania newslettera pojawił się już po kilku dniach pobytu w Irlandii ale nie doszedł do skutku i pewnie dobrze, że się tak stało. Wiadomo na początku to człowiek jest bardzo podekscytowany nową rzeczywistością a z czasem zaczyna się dostosowywać do warunków w jakich mu przyszło żyć i już nieco szerzej widzi pewne sprawy. Wylądowałem na cetylckiej ziemi 5 października 2007 roku we wspomnienie św. Siostry Faustyny więc to nie przypadek, że tajemnica Bożego Miłosierdzia wyprowadziła mnie z Polski i wprowadziła na nową ziemię. ...To kocham to miasto, zmęczone jak ja... (Dla niezorientowanych, to fragment utworu T.Love „Warszawa” - Muniek napisał ją na emigracji na wyspach, co prawda nie w Dubline ale w Londynie – ale powiedzmy, że to niedaleko ;) ) Kilka słów o miejscu zamieszkania. Mieszkam w jednym z naszych domów w Dublinie (mamy dwa). Położony jest praktycznie w centrum miasta – 20 minut spaceru od samego serca Dublina. Dzielnica to piękna – tu znajduje się większość ambasad. Jako, że jest to południe Dublina jest terenem nieco droższym więc nie ma tu tak dużej liczby emigrantów jak na północy Dublina (polski oczywiście tam króluje – tu bardzo rzadko słyszę polską mowę). Jako, że przez ostanie kilka lat Dublin jak i cała Irlandia zmienia swoje oblicze bo staje się coraz bardziej terenem międzynarodowym, to i miejsca w stolicy drożeją – ten gdzie mieszkamy jest bardzo atrakcyjny stąd drogi – ale ta zmiana to efekt ostatniej dekady... Przez kilka ostatnich lat napłynęło tu ponad milion emigrantów czyli 1/5 całej społeczności wyspy. Wracając do terenu zamieszkania. Całkiem niedaleko mnie jest kilka parków, bardzo ładnych i bardzo różnorodnych – mam więc gdzie spacerować i reflektować nad egzystencją swoją i nie tylko swoją. Długo już mi czegoś takiego brakowało i cieszę się, że mam teraz ku temu okazję. A najpiękniejszą atrakcją tuż obok mnie jest The Grand Canal – kanał wodny, który ciągnie się od zatoki aż do... - no wiem wiem bo do końca nie doszedłem do końca :) – ale wchodzi bardzo głęboko w miasto. Drugi co do sławy to The St'Stephen Green Park jest tuż obok mojej szkoły – pierwsze dwa tygodnie piłem tam kawę na długiej półgodzinnej przerwie, dopóki nie odkryłem bliższego i bardziej kameralnego. Kiedyś pewnie o parkach zrobię jakąś obszerną galerię, bo oni rzeczywiście mają tu na nie pomysł – ale poczekam do wiosny, no i muszę poznać resztę. A jeśli chodzi o sam Dublin, to jeśli miałbym go określić to powiedział bym, że jest to mix Krakowa i Warszawy. Krakowa – bo bardzo zabytkowy i nie taki nowoczesny (nie ma tu żadnych drapaczy chmur – co mnie cieszy ;) ) a Warszawa bo miasto bardzo duże i tłoczne oraz, jak wspomniałem coraz bardziej mulitkulturowe (dużo bardziej niż W-wa). Kilka słów o moje obecnej wspólnocie. A więc mieszka nas tu czterech Pat, Alberto, Gaspar i ja. Kilka słów o nich. Pat – długoletni misjonarz Ghany,Togo i Beninu. Aktualnie jest szefem sekcji misjologii w Instytucje Teologiczym Milltown (będę tam uczył się w przyszłym semestrze). Alberto jest rektorem („szefem”) tego naszego domku – 20 lat pracował w Ekwadorze a pochodzi z Filipin, on jest także moim odpowiedzialnym-przełożonym. Gaspar, to Słowak – kiedyś skończył studia w tej prowincji i został wyświęcony i poleciał do Amazonii gdzie ok. 12 lat pracował i wrócił do Słowacji a niedwano wrócił tu. No więc ekipa międzynarodowa pełną gębą. Every day is a new day... Jak wygląda moja codzienność. Od poniedziałku. Rano pobudka i śniadanie. Potem Eucharystia a po niej bo ekspresowej kawie biegnę centrum do szkoły (przedzierając się przez zatłoczone ulice i chodniki – 9 rano to taka wspólna godzina na start dnia pracy dla wielu) – International Study Center (o niej będzie za chwilę). Po szkole czas wygląda różnie, podobnie jak popołudnia i wieczory. To taki ogólny plan od poniedziałku do piątku. Sobota i niedziela wygląda inaczej – mam je do własnej dyspozycji. Generalnie pierwsze dwa tygodnie bardzo dużo poznawałem okolicę bliższą i dalszą więc się „ochodziłem” Życie w naszym domu jest bardzo „domowe”, więc o większość rzeczy trzeba sobie samemu zadbać – tylko poniedziałek-piątek przychodzi nasza niezawodna kucharka Carmen (nigdy jej nie spotkałem bo przychodzę później niż reszta i obiad mam nadziany ciepłem „mikrofali” :P), ale ona gotuje całkiem dobrze. A w soboty i niedzielę gotuję sobie sam – ale przecież to nic nowego – więc odświeżam umiejętności kucharskie i buszuje po Tesco, tudzież innych sklepach w poszukiwaniu odpowiednich składników – a racji tego, że polaków jak liści w The Grand Canal jesienią (znaczy się bez liku :P ) to i specjalne działy z polish-food są. Czasem z nich korzystam, ale nie tylko, żeby nie było, że nie umię się przystosować do obecnego środowiska ;) (Tesco najbliżej nas nie ma takiego polskiego działu ;) ). Śniadania i kolacje to zawsze samemu trzeba sobie zorganizować, poza piątkiem, kiedy to mamy braterskie spotkanie przy kolacji. Tyle o codzienności. O szkole słów kilka... Właśnie niedawno doszedłem do wniosku, że w przyszłym roku będę obchodził jubileusz 20 lecia programowej edukacji mnie samego, bo odkąd w 1988 roku poszedłem do „zerówki”, to nie było roku abym w jakiejś ławce nie siedział ;) choć szkoły/uczelnie były różne. Więc niedawno zasiadłem w ławce szkoły języka angielskiego International Study Center. Po wstępnym teście dostałem się na poziom intermediate. I poznaję przepastne angielskie głębiny językowe, bo oczywiście co innego uczyć się angielskiego w Polsce a co innego odkrywać go w rodzimym środowisku. Klasa (osoby przychodzące) jak i nauczyciele są zmienne. Bo niektórzy dołączają na 2 – 3 tygodnie a niektórzy robią kursy pół roczne. Nauczyciele przeważnie są w większości bardzo dobrymi fachowcami. Szczególnie w pamięci pozostanie mi Mike z Londynu – takiego nauczyciela nie spotkałem nigdy – już nas nie uczy, czego nie mogę odżałować. A jeśli chodzi o skład klasy to jest bardzo zmienny – ale przeważają ludzie z Azji – Korea Pd, Japonia. Polaków – spotkałem 3 osoby (2 księży i siostrę – z czego oni już skończyli kurs ), więc nie używam tu polskiego języka – ani w szkole, ani poza szkołą. Więc powoli zaczynam myśleć po angielsku :) Spokojnie Polskiego nie zapomnę ;) mam nadzieję! Szkoła też jest takim małym i cichym terenem ewangelizacyjnym – miejscem składania świadectwa. Większość wie kim jestem. A w trakcie lekcji dość dużo mamy dyskusji nt. różnych życiowych spraw i to są te momenty kiedy można coś niekiedy powiedzieć, jak wiadomo dla części ludzi z Azji chrześcijaństwo jest czymś obcym. Młodzi europejczycy (Hiszpania, Włochy, Słowacja) jak można się domyślić mają styl post-modernistyczny (niekiedy = postchrześcijański). Ale oczywiście lekcje są czasem bardzo pozytywnym i radosnym, wiadomo że wszystkich dzieli jakiś dystans więc generalnie jest po prostu często neutralne nastawienie – każdy ma swój świat. Więc ciche świadectwo i modlitwa to moja obecna ewangelizacja. Jak były tematy zachaczające o religję to Mike mówił „Bart it's especialy for you”. No tak, na marginesie, to zostałem tu dla wszystkich „Bart”, bo po angielsku za długo mówić „Bartholomew” tak na codzień (nie mówiąc o niemożliwej do wypowiedzenia polskiej wymowie mojego imienia), więc od pierwszych chwil przyjąłem to aby mnie każdy nazywał „Bart”. Zielona niwa Pańska... Powoli też rozglądam się w tutejszej rzeczywistości polskiego duszpasterstwa emigracyjnego. Wybrałem perspektywę współpracy z Jezuitami, swoją działalność rozpoczęli w drugiej połowie września br. więc ta świeżość jest dla dobra. Mają dużo pomysłów, ale o nich kiedy indziej. Drugi fakt wyboru Jezuitów wiąże się z tym, że z dostępnych tu duchowości oni są mi najbliżsi, a przez nich może uda się nawiązać kontakt z anglojęzyczną młodzieżą – są ku temu szanse – ale dziś więc na ten temat nie ma potrzeby pisać. Poza Jezuitami to są tu w Dublinie dominikanie i polskie duszpasterstwo. W przyszłości będę odwiedzał dominikanów ze względu na modlitwę w duchu Taize, którą co tydzień mają w swoim bardzo pięknym kościele. Jest w Dublinie też jeden kościół oddany na posługę polskim katolikom. To oficjalne polskie duszpasterstwo prowadzą polscy księża diecezjalni, ale nie znalazłem tam dla siebie niczego interesującego. Będąc ziarenkiem... Wracając do świadectwa. W dzień kiedy to piszę, rozważamy w liturgii słowa Jezusa o zaczynie i ziarnie gorczycy. Kiedy się żyje w wielkich skupiskach ludzkich, a Dublin nie jest dla mnie pierwszym takim miejscem, to te słowa nabierają jeszcze większego sensu. Być światkiem Jego żywej obecności – nie stawiać się w miejscu Zbawiającego Boga, ale świadczyć i wypełnić powierzone zadanie świadka i głosiciela to jest to co mnie tu czeka pośród różnych codziennych spraw i kolejnych etapów mojego „Cross-cultural Training Program”. Oczywiście wszystkiego opisać się nie da więc w następnych newsletterach z Irlandii będę starał się przy okazji opisywania tego co za mną wybierać jakiś wycinek rzeczywistości irlandzkiej i przedstawiać. Dziękuję, za każde westchnienie w mojej intencji – czuję to i niekiedy się zastanawiam, skąd jest to że nie jest tak trudno i od razu przypominam sobie tę dużą liczbę modlących się. A więc dziękuję Ci za Twoją modlitwę Drogi Czytelniku, a jeśli czytając to nigdy nie modliłeś się za mnie i myślisz, że to nie do Ciebie – nic straconego ;) zawsze możesz pomodlić się choćby raz dzisiaj :) dzięki! Następny newsletter pewnie pojawi się w okolicach Bożego Narodzenia, ale od listopada zainteresowanych zapraszam do „ Notatnika nieużytecznego sługi ” gdzie znów zaczną pojawiać się przeżycia i myśli, nieco bardziej głębsze i mniej opisowe. Dublin, 30 października A.D. 2007 ps. Pod polem kometarza można zobaczyć małą mapkę "z lotu ptaka" ;)