List do wszystkich nr 3 — z nowicjatu

Witajcie drodzy przyjaciele!

Witam Was wszystkich serdecznie i pozdrawiam w kolejnym, już trzecim “Liście do wszystkich”. Który zatacza coraz większe “kręgi”(coraz więcej osób dostaje jego egzemplarze).A zaczęło się o jednego niewinnego listu z postulatu... No, ale to tak na marginesie. Jak zwykle napiszę coś o tym co u mnie w życiu “nowicjackim” się wydarzyło i pewnie jakieś wolne refleksje dorzucę... ;). Ostatnio pisałem po Wszystkich Świętych, więc ponad dwa miesiące temu , wiele się od tego momentu zdarzyło. Takim chyba najważniejszym “zewnętrznym” wydarzeniem były obłóczyny czyli przyjęcie zewnętrznego znaku przynależności do SVD – sutanny. Niektórzy z Was mogli zobaczyć “efekt” końcowy ;). Potem były święta Bożego Narodzenia, pierwsze poza obszarem dębickim. I oczywiście Sylwester który “w świecie”, którego przeżycie stanowi wielką wartość i jest bardzo oczekiwany. Ja przeżyłem go spokojnie pod koniec roku mieliśmy krótką adorację Najświętrzego Sakramentu i nabożeństwo na koniec roku. Potem wspólnota udała się na lampkę szampana, i na koniec odpaliliśmy troche sztucznych ogni przed budynkiem. Tak zaczął się nowy rok 2003. A 1 I wieczorem rozpoczęliśmy pierwszą serię rekolekcji (ignacjańskich). Charakteryzowały się one “odcięciem” od świata zewnętrznego (milczenie i “zero”: korespondencji , TV, czytania książek), wymagały więc pewnego trudu ogołocenia się i wejścia w siebie i głębszą relację z Panem. Rekolekcje trwały do 11 I więc trochę czasu. Bardzo błogosławiony czas jeśli się człowiek starał weń zaangażować. To tyle na temat rekolekcji. Teraz przede mną codzienność... . Chciałbym coś niecoś napisać na temat braterstwa, czyli to co powinno charakteryzować osoby konsekrowane (profesjonalne określenie ludzi: mężczyzn i kobiet , które składają Bogu śluby) , szczególnie a aspekcie który jest bardzo charakterystyczny dla SVD, a jest nim życie we wspólnotach międzynarodowych. Może najpierw coś o życiu zakonnym w ogóle. Ludzie potocznie (przynajmniej niektórzy) myślą widząc zakonników, szczególnie tych w specyficznych habitach (np. franciszkanie, dominikanie, karmelici i inni o specyficznym kroju... :), czyli nie nasz bo jest zwykły), wyobrażają sobie, że życie w zakonie to takie “ciepełko” i spokój , takie “ciepełko, że usnąć można” – jak powiedział kiedy Budzyński (dla niewtajemniczonych - muzyk... ;) ). Że wszyscy się kochają, modlą się wspólnie, są razem, itp. Tym czasem nic bardziej mylnego. Wejście w taką wspólnotę to zgodzenie się na trudną miłość bardzo często “nieuczuciową”. Braterstwo (czy “siostrzeństwo”) jest trudne i życie w nim jest bardzo wymagającym i mozolnym zadaniem do którego trzeba dojrzewać wiele lat (chyba nawet całe życie). Do takiej wspólnoty przychodzą ludzie z całkowicie różnych środowisk, doświadczeń, całkowicie różną mentalnością i sposobem życia i rozumienie tego co znaczy być zakonnikiem. No i w we wspólnocie te wszystkie rzeczy się ścierają, a do tego jeszcze fakt że taka wspólnota to nie “anielski chór” kryształowo czystych ludzi, ale grupa zwyczajnych grzeszników. Te wszystkie sprawy powodują ów trud i krzyż życia (ale gdzie go nie ma?). Z tego co wyżej napisałem można by wywnioskować, że rzeczywistość życia zakonnego przedstawia się dość ponuro i czarnych barwach. To prawda, że można i tak ją widzieć. Czasem, szczególnie w czasie trudnych doświadczeń może się taką wydawać. Ale jest to “coś” (właściwie ten Ktoś) co nadaje sens takiemu wspólnemu życiu. Jest to sam Jezus który chce istnienia takich grup, których ludzie często nie rozumieją, lub nawet podchodzą czasem z lekką ironią (jest taka anegdota: ”Po co zakonnik wcześnie wstaje? - Po to żeby dłużej nic nie robić...” ). Ale prawda o życiu zakonnym jest taka, że po zaakceptowaniu powyższych trudności i pragnieniu głębokiego bycia z Jezusem, takie życie jest piękne. Ale taka jest prawda że prawdziwe piękno, szczęście i głęboka miłość kosztuje. Tyle ogólnych rozważań. W naszym Zgromadzeniu ważnym elementem jest to że na misjach (nie tylko ale przeważnie), żyjemy w grupach złożonych z grup międzynarodowych. Także jest taka praktyka, że już na studiach wysyła się kleryków do innych krajów w celu skończenia studiów i doświadczenia innej kultury, obyczajów itp. No i takim trafem z nami znajdują się czterej współbracia, dwóch z Togo (Tierry i Firme) oraz dwóch z Indonezji (Herbert i Lambert). Co prawda nie są oni z nami w nowicjacie(ci z Indonezji już mieli, z Toga będą mieli w następnym kursie, po skończeniu kursu języka), tylko uczą się języka polskiego w Poznaniu na uniwersytecie. No, ale żyją z nami i codziennie mamy z nimi kontakt. I jest to doświadczenie, które w Polsce jest raczej nie spotykanie, żeby w jednym miejscu byli klerycy z tylu narodowości (w Pieniężnie są jeszcze chłopaki z Filipin i ze Wschodu). Kontakt i rozmowa z nimi pomagają nam dostrzec kilka rzeczy których sami nie dostrzegamy, lub nie posiadamy. Co prawda jeszcze nie prowadzimy bardziej skomplikowanych rozmów z powodu języka(rozmawiamy po polsku i angielsku), może w przyszłości... Ale może opiszę Wam kilka przykładów “z życia”: W pierwszy dzień świąt byliśmy w kościele parafialnym, który prowadzi jeden z naszych ojców (my nie uczestniczymy w życiu parafii. W kościele od początku nowicjatu byłem tylko trzy razy), na takim małym kolędowaniu. Taka nasza znajoma z kilkoma chłopakami od nas mieli taki mały program artystyczny przeplatany kolędami. Był taki typowo polski, czyli refleksyjny, sentymentalny. W sumie ludzi przyszło malutko, połowę wszystkich obecnych stanowiliśmy my. Jak potem rozmawialiśmy od odbiorze tego kolędowania, to do chłopaków z Togo nie trafiła ta refleksyjność. Tierry wyszedł po kilkunastu minutach bo jak powiedział było smutno i nie było dzieci (podobno miały przyjść). Firme znów na końcu chciał oklaskami podziękować za występ,ale nikt nie podjął aplauzu. Było to dla niego nie zrozumiałe, dlaczego tak było, że nikt nie klaskał i po skończeniu ludzie sobie po prostu wyszli. Raz też z jednym chłopaków od nas z nowicjatu rozmawialiśmy z Tierrym o tym jak odbiera Polskę, naszą kulturę , tak o wszystkim z tym związanym. Mówił że u nich rodzina, ma bardzo wielką wartość, jest bardzo ważna. Spytałem się go też czy nie spotkał się z rasizmem w Polsce (w końcu tak często jest w Poznaniu a dużym mieście łatwo o takie rzeczy). I mówił że dwa razy chłopak, który mieszka w Chludowie i jeździł z nimi w autobusie go tak potraktował (mniejsza o szczegóły). Powiedział że on tego nie rozumie jak tak można, przecież on mu nic nie zrobił, nic o nim nie wie, kim jest i każdy człowiek jest bardzo głęboki, nie można tak z zewnętrz kimś pogardać bo nić się o nim nie wie. On rasizmu nienawidzi, że może kiedyś by w stosunku do takiego człowieka inaczej się zachował ale teraz już inaczej patrzy na świat. Stwierdził że u nich w Togo jest większa solidarność, bo przecież “wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga” – jak stwierdził. Tierry też jest kimś z kim się najlepiej znam z “zagranicznych”. Zawsze uderza mnie jego radość życia, w sumie to on prawie nigdy nie jest smutny czy przygnębiony. Ma bardzo żywy charakter i często się śmieje. Ma 27 lat, ale pewnie nikt by mu tyle nie dał i jak na takiego dojrzałego faceta jest bardzo wrażliwy. Przykład: siedzę sobie w nowy rok w pokoju a tu ktoś puka, okazuje się że Tierry przyszedł i przyniósł mi kartkę z Togo a na odwrocie życzenia po polsku – bardzo mnie to zaskoczyło i oczywiście ucieszyło. A tak na marginesie mam trzy imienia. Dla Polaków Bartek, dla chłopaków z Indoezji Barto (tak moje imię brzmi w ich języku), a Tierry mówi na mnie Bart. To takich kilka migawek z nowicjackiej codzienności życia w grupie międzynarodowej. Będę powoli kończył... List ten czytacie w czasie gdy niektórzy przeżywają szał studniówek (życzę dobrej zabawy!), a inni męczą się nad sesją, czy klasyfikacją. Życzę Wam wszystkim potrzebnych sił i Bożych darów w nauce. I odpoczynku w czasie przerwy między dalszą nauką. Tradycyjnie, pragnę złożyć życzenia wszystkim którzy w styczniu, lutym, marcu, obchodzą swoje imieniny, bądź urodziny. Niech Pan obdarza Was swoim błogosławieństwem, a Maryja ma opiece. Na koniec życzę Wam powodzenia w codziennych trudach i kłopotach. Umiejcie dostrzec we wszystkim promień miłości Bożej, i z wiary czerpcie nadzieję na przyszłość! Dziękuję wszystkim którzy przysłali do mnie życzenia świąteczne. Następny list postaram się napisać w okolicy świąt Wielkiej Nocy. Do tego czasu trzymajcie się! Pozdrawiam! Z Bogiem! Heja!

W miłości Słowa Bożego

---Hey! Into Jesus!---

← Wróć do biblioteki